„Gaza to miejsce, gdzie Rada Pokoju faktycznie się zaczęła. Jeśli odniesiemy tam sukces, możemy rozszerzyć ją na inne obszary”
Donald Trump
Donald Trump uwielbia wielkie gesty. Lubi podnosić poprzeczkę tak wysoko, by wszyscy musieli zadrzeć głowy i — z ekscytacją albo przerażeniem — obserwować rozwój wypadków. Rada Pokoju, zaprezentowana w Davos z odpowiednią pompą, jest właśnie takim gestem: projektem, który jednych przeraża, inni widzą w nim wielką szansę, a wielu uważa za rozdmuchany i nadęty ponad realne możliwości.
Davos i dwadzieścia krzeseł
Czy dyplomatyczna szarża prezydenta Trumpa na lodową wyspę, której nazwa nie schodziła z czołówek europejskich i amerykańskich gazet przez ostatnie tygodnie, doprowadziła do tego, że podczas samej inauguracji Rady Pokoju na scenie ustawiono zaledwie dwadzieścia krzeseł — i to takich, których nie wszystkie znalazły swoich właścicieli? Grenlandia mogła być tu pretekstem, lecz wszystko wskazuje na to, że kluczowy był sam charakter nowego forum, wyraźnie projektowanego jako alternatywa wobec ONZ.
Chociaż podczas inauguracji Trump zapewniał, że wszystkie działania Rady będą prowadzone „w koordynacji z ONZ” oraz że potencjał Narodów Zjednoczonych „nie był dotąd w pełni wykorzystywany”, to już sama preambuła Karty Rady Pokoju zdaje się tym deklaracjom przeczyć. „Trwały pokój wymaga pragmatycznej oceny, rozwiązań opartych na zdrowym rozsądku oraz odwagi odejścia od podejść i instytucji, które zbyt często zawodziły” — czytamy, wraz z postulatem „istnienia bardziej elastycznego i skutecznego międzynarodowego organu ds. budowania pokoju”. Także cele organizacji — „promowanie stabilności, przywracanie niezawodnych i zgodnych z prawem struktur rządzenia oraz zapewnienie trwałego pokoju na obszarach dotkniętych konfliktem lub nim zagrożonych” — w oczywisty sposób dublują podstawową rację istnienia ONZ.
Trudno nie dostrzec rzeczywistych celów nowego organu. O ile ONZ nadal — z mniejszym lub większym powodzeniem — potrafi zapewniać pomoc humanitarną w wielu niedostępnych regionach świata, o tyle w wymiarze politycznym jej funkcjonowanie od lat paraliżuje kształt Rady Bezpieczeństwa. Zapewne to właśnie pozaformalny charakter nowej inicjatywy sprawił, że do układu w pierwszej kolejności przystąpiły państwa o charakterze niedemokratycznym, a nie państwa europejskie, które — swoją drogą — od dawna prowadzą konsekwentną obstrukcję wobec większości pomysłów generowanych przez ekscentrycznego prezydenta USA.
Wśród państw, które przystąpiły do Rady Pokoju, znajdziemy jedynie dwóch przedstawicieli Unii Europejskiej: Węgry i Bułgarię. Karol Nawrocki wziął udział w ceremonii podpisania aktu powołującego Radę Pokoju, jednak nie podpisał jej karty założycielskiej, wskazując, że „Polska musi przejść procedurę konstytucyjną, aby móc zawrzeć takie porozumienie” — co zostało przyjęte przez Trumpa z „dużym zrozumieniem”. Czy faktycznie dołączenie do tego de facto forum międzynarodowego — które na obecnym etapie trudno jeszcze nazwać instytucją międzynarodową — wymaga całej procedury, o której wspominał polski prezydent, to już zagadnienie dla konstytucjonalistów. Warto jednak zauważyć, że do inicjatywy amerykańskiej można było przystąpić bez wpłacania 1 mld dolarów na okres trzech lat, co pozwoliłoby przynajmniej zweryfikować, czy udział w zawiązującej się Radzie Pokoju faktycznie ma sens. Niemniej prezydent Polski wybrnął z tej sytuacji sprytnie i dyplomatycznie — stając się klasycznym kotem Schrödingera: całym sercem członkiem Rady, ale formalnie pozostając poza nią.
Mimo to nie sposób zignorować faktu, że do Rady Pokoju dołączyło wiele państw. Część z nich liczy na amerykańską przychylność, część spłaca osobiste długi wobec Trumpa, inni po prostu odnajdują się w jego antyestablishmentowej wizji świata. Trzon Rady ma charakter wyraźnie regionalny i bliskowschodni, a państwa muzułmańskie, które do niej przystąpiły, od początku jasno określi swoje cele: Gaza, pomoc humanitarna oraz rozwiązanie dwupaństwowe.
Na obecnym etapie lista państw członkowskich Rady Pokoju obejmuje: Albanię, Argentynę, Armenię, Azerbejdżan, Bahrajn, Białoruś, Bułgarię, Egipt, Węgry, Indonezję, Izrael, Jordanię, Kazachstan, Kosowo, Mongolię, Maroko, Pakistan, Paragwaj, Katar, Arabię Saudyjską, Turcję, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Uzbekistan oraz Wietnam.
Gaza jako projekt deweloperski
„Master Plan” dla Gazy, zaprezentowany przez Jareda Kushnera i firmowany politycznie przez Donalda Trumpa, jest w istocie projektem odbudowy totalnej — opartym na liczbach, harmonogramach i logice rynku nieruchomości, a nie na klasycznej dyplomacji.
W punkcie wyjścia pojawiają się twarde dane: 90 tys. ton amunicji zrzuconej na Gazę, 68–70 mln ton gruzu do usunięcia, ponad 90% zabudowy mieszkalnej zniszczonej lub uszkodzonej oraz 2,1 mln mieszkańców. Odpowiedzią ma być inwestycja rzędu co najmniej 25 mld dolarów — eksperci mówią nawet o 70 mld — realizowana w tempie 2–3 lat, co — jak twierdzi Kushner — jest „jak najbardziej wykonalne, jeśli zdecydujemy się to zrobić”. Gaza ma zostać podzielona na cztery fazy urbanistyczne:
• Rafah („miasto 1”),
• Khan Younis („miasto 2”),
• Central Camps („miasto 3”),
• Gaza City („miasto 4”).

W warstwie projektowej plan jest niezwykle konkretny. „Nowa Rafah” ma obejmować ponad 100 tys. stałych mieszkań, 200 placówek edukacyjnych, 75 obiektów medycznych oraz około 180 centrów kulturalnych, religijnych i zawodowych. Wzdłuż wybrzeża przewidziano strefę coastal tourism z 170–180 wieżowcami, hotelami i luksusowymi willami, za którą mają się znaleźć dzielnice mieszkaniowe, kompleksy przemysłowe, centra danych i zaawansowana produkcja — rozdzielone parkami, terenami rolnymi i infrastrukturą sportową. Plan zakłada także budowę portu morskiego i lotniska przy granicy z Egiptem oraz specjalnej strefy ekonomicznej z preferencyjnymi warunkami celnymi. Trump ujmuje to wprost: „Jestem człowiekiem nieruchomości… spójrzcie na to położenie nad morzem, na tę piękną nieruchomość, na to, czym mogłaby się stać dla tak wielu ludzi”.
Najbardziej problematyczny element „Master Plan” dotyczy jednak bezpieczeństwa i władzy. Kushner mówi tu wprost o braku „planu B”: „Hamas podpisał porozumienie o demilitaryzacji i to właśnie będziemy egzekwować”. Gaza ma zostać rozbrojona, wzdłuż jej granic pozostanie izraelski perymetr bezpieczeństwa, a zarządzanie Strefą przejmie palestyński rząd technokratów (NCAG), działający przy wsparciu Rady Pokoju. W pierwszych stu dniach priorytetem ma być pomoc humanitarna — woda, prąd, kanalizacja, szpitale, piekarnie — oraz logistyka odbudowy; dopiero później ma nastąpić pełna transformacja gospodarcza.
Kluczowy jest tu sygnał polityczny: koniec „żółtej linii” jako wygodnej fikcji, która pozwalała Izraelowi i Hamasowi trwać w stanie zamrożonego konfliktu. To próba zerwania z dotychczasowym historycznym „zarządzaniem konfliktem” i narzucenia nowej logiki: „bez bezpieczeństwa nie będzie inwestycji”, a bez inwestycji — żadnej przyszłości. Skala ambicji jest ogromna, ale równie ogromne jest ryzyko. Plan jest spójny technicznie, radykalny politycznie i oparty na założeniu, że rzeczywistość da się zmusić, by nadążyła za wizualizacjami.
Perspektywa palestyńska
Największym problemem tego planu jest fakt, że zakłada on deradykalizację samej Strefy Gazy, faktyczną likwidację Hamasu i innych organizacji dżihadystycznych jako siły politycznej i militarnej — przy założeniu, że proces ten dokona się w istocie dobrowolnie. Tymczasem sama Autonomia Palestyńska prezentuje wobec inicjatywy Trumpa stanowisko co najmniej niejednoznaczne. Mahmud Abbas, podczas spotkania z Vladimirem Putinem w Moskwie, stwierdził wprost: „naród palestyński trwa na swojej ziemi i kategorycznie sprzeciwia się próbom wypędzenia Palestyńczyków poza terytorium Palestyny — podejmowanym przez Amerykanów i Izraelczyków. Naród palestyński jest zdecydowany nie opuszczać swojej ziemi, bez względu na cenę”.
Jest to ewidentna aluzja do inicjatywy prezydenta USA, z której jasno przebijają podejrzliwość i głęboka nieufność wobec amerykańskiego planu. Ibrahim Khraishi, stały obserwator Autonomii Palestyńskiej przy ONZ w Genewie, przyznał z kolei, że od ubiegłego roku nie było żadnego kontaktu z administracją USA. Widać więc jak na dłoni, że Rada Pokoju próbuje narzucić — niemal siłą, chociaż nie zamierza jej używać — rozwiązania, które niekoniecznie będą akceptowalne dla samych Palestyńczyków, nawet jeśli cała koncepcja zakłada, że w przyszłości to właśnie Autonomia Palestyńska miałaby przejąć władzę w „Nowej Gazie”.
Autonomia Palestyńska zapewne wolałaby scenariusz, w którym mogłaby w pełni suwerennie zarządzać Gazą — najlepiej przy solidnym wsparciu finansowym państw Zatoki, Europy i Stanów Zjednoczonych, a dodatkowo z gwarancjami, że te same państwa skutecznie powstrzymają Izrael przed kolejnymi interwencjami. Problem polega na tym, że taki zestaw oczekiwań rozmija się z realiami. Owszem, ktoś, kto nakreśla sobie podobne cele, może mieć poważny problem z amerykańską propozycją, ale bądźmy realistami: sytuacja, o jakiej marzyłoby Ramallah, nigdy nie nadejdzie. Zwłaszcza że znaczna część światowej klasy politycznej doskonale pamięta, jak wyglądały rządy Arafata, a później Abbasa — ile środków wpompowano w Autonomię Palestyńską i co po tych inwestycjach ostatecznie pozostało.
Hamas natomiast ostro skrytykował włączenie premiera Netanyahu do Rady Pokoju, uznając ten krok za sprzeczny z elementarną logiką sprawiedliwości. W oficjalnym oświadczeniu ruch nazwał izraelskiego premiera „zbrodniarzem wojennym” poszukiwanym przez MTK, podkreślając, że jego obecność w radzie całkowicie ignoruje trwające naruszenia wobec Palestyńczyków w Gazie. Hamas twierdzi, że Netanyahu blokuje wdrażanie zawieszenia broni, jednocześnie kontynuując ataki na ludność cywilną, infrastrukturę i schronienia, mimo formalnego rozejmu. W tej narracji izraelska okupacja pozostaje źródłem przemocy i zagrożeniem dla pokoju, a prawdziwa stabilizacja — zdaniem Hamasu — wymaga zakończenia izraelskich działań, pełnego wycofania oraz rozliczenia odpowiedzialnych, poczynając od samego Netanyahu.
Także sam Hamas daje już do zrozumienia, że odbudowa Gazy według planu Trumpa nie będzie spacerkiem po molo w Sopocie.
Perspektywa Izraela
Co ciekawe, poważne zastrzeżenia wobec tej inicjatywy ma również Jerozolima. Nawet Benjamin Netanyahu znalazł się w tej układance raczej jako ciało obce niż partner — jego dyskomfort był na tyle wyraźny, że izraelski premier nie pojawił się w Davos w kluczowym momencie.
Izraelska krytyka inicjatywy Donalda Trumpa powołania „Rady Pokoju” koncentruje się na jej fundamentalnej nieokreśloności w obszarze bezpieczeństwa. Z perspektywy Izraela nie jest to drobny mankament, lecz potencjalne zagrożenie strategiczne. Już sama terminologia używana przez Biały Dom — „operacje bezpieczeństwa” czy „wsparcie demilitaryzacji” — pozostaje celowo nieprecyzyjna: nie wiadomo, kto miałby prowadzić takie działania, przeciwko komu, według jakich zasad użycia siły i z jakim mandatem politycznym. W praktyce nie istnieje ani realny wielonarodowy korpus wojskowy, ani gwarantowane finansowanie, ani państwa gotowe wziąć na siebie ryzyko fizycznej konfrontacji z Hamasem.
Deklaracje udziału mają charakter warunkowy, są wycofywane lub pozostają puste, a potencjalni uczestnicy — od Turcji po Bangladesz — konsekwentnie unikają jasnych zobowiązań. Z izraelskiego punktu widzenia oznacza to ryzyko przeniesienia odpowiedzialności za bezpieczeństwo Gazy na konstrukcję, która nie dysponuje ani żołnierzami, ani realnymi zdolnościami odstraszania, a jednocześnie może ograniczać Izraelowi swobodę operacyjną. Równolegle Rada Pokoju wkracza w obszar zarządzania politycznego, który — zdaniem Izraela — już posiada istniejącą alternatywę w postaci Autonomii Palestyńskiej w Ramallah. Paradoks polega na tym, że wieloletnia izraelska strategia blokowania powrotu AP do Gazy doprowadziła do sytuacji, w której to Stany Zjednoczone przejmują kontrolę nad procesem i definiują pożądane rezultaty — niekoniecznie zbieżne z izraelskimi interesami bezpieczeństwa.
Prawdziwa zmiana przyszła jednak nie w deklaracjach, lecz w konkretach. Zapowiedź otwarcia przejścia w Rafah była pierwszym sygnałem, że Biały Dom przestaje akceptować dotychczasową logikę „zarządzania konfliktem”. Waszyngton nie pozostawił wątpliwości: to się wydarzy — niezależnie od wewnętrznych oporów w Jerozolimie.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że Hamas nie został pokonany, a jego dalsze istnienie zaczyna zależeć nie od izraelskiej presji militarnej, lecz od tego, jak szeroko Trump zinterpretuje pojęcie „demilitaryzacji” i ile politycznego marginesu pozostawi organizacji. W tej perspektywie Izrael widzi w Radzie Pokoju nie stabilizujący mechanizm, lecz kruchą, megalomańską konstrukcję, zdolną przekształcić lokalny konflikt w szerszą konfrontację z międzynarodowym układem — takim, w którym izraelska zdolność wpływu będzie wyraźnie mniejsza niż dotąd.
Pointa
Przychodzi mi do głowy pewna konstatacja: jeżeli plan jest krytykowany przez obie strony sporu, który nieprzerwanie trwa od dziesięcioleci, to być może oznacza to, że jest on wyjątkowo sprawiedliwy. O tym jednak raczej nie przeczytamy w mediach głównego nurtu, od dawna już oszołomionych nienawiścią do Trumpa.
Uwagi, które pojawiają się w mediach i mediach społecznościowych europejskich, amerykańskich czy polskich, są w gruncie rzeczy zabawne. Zgodnie z dominującą narracją największym problemem planu ma być „zabieranie ziemi Palestyńczykom”, „neokolonializm” oraz „kapitalistyczny wyzysk” ludności Strefy Gazy. Rzeczywiście — dla ponad dwóch milionów ludzi uwięzionych w niewielkiej enklawie, utrzymywanej przez organizacje humanitarne, pozbawionej pracy i jakichkolwiek perspektyw, wizja (notabene skrajnie nierealna) uczynienia z niej drugiego Dubaju jest koncepcją wręcz katastrofalną.
O ile w pełni rozumiem Palestyńczyków, którzy po prostu chcą sami sobą suwerennie zarządzać — choć fizycznie jest to dziś niewykonalne — o tyle świata zachodniego, krytykującego ideę „nowego Abu Zabi” w Strefie Gazy, pojąć już nie potrafię.
Problemem Rady Pokoju, a w szczególności „Mega Planu” dla Strefy Gazy, nie jest neokolonializm ani narzucona suwerenność, lecz jego niska realność w kategoriach bezpieczeństwa. Ostateczna demilitaryzacja Hamasu wydaje się skrajnie mało prawdopodobna, co w praktyce oznacza, że Izrael może mieć poważne opory przed wycofaniem swoich sił ze Strefy Gazy. A w takim scenariuszu — wracamy dokładnie do punktu wyjścia.
Bibliografia
- Kremlin – Meeting of President Mahmoud Abbas with President Vladimir Putin, 22 January 2026, en.kremlin.ru/events/president/news/79026
- Haaretz – [artykuł o Radzie Pokoju i stanowisku Izraela], 22 January 2026, haaretz.co.il
- The Times of Israel – Full Text: Charter of Trump’s Board of Peace, timesofisrael.com/full-text-charter-of-trumps-board-of-peace/
- The White House – President Trump Ratifies Board of Peace in Historic Ceremony, Opening Path to Hope and Dignity for Gazans, January 2026, whitehouse.gov
- NBC News – Trump’s ‘Board of Peace’: Which Countries Joined, the Cost, and What We Know, January 2026, nbcnews.com
- Prezydent RP (X / Twitter) – wpis Prezydenta RP dotyczący inauguracji Rady Pokoju w Davos, 2026, x.com/prezydentpl
- BBC News – Trump launches Board of Peace at Davos, January 2026, bbc.com
- ABC News – Jared Kushner Lays Out Trump-Backed ‘Master Plan’ for Post-War Gaza, January 2026, abcnews.go.com
- The National (UAE) – Palestinians Frozen Out of Donald Trump’s Board of Peace, Officials Say, 21 January 2026, thenationalnews.com
- Haaretz – [drugi artykuł dot. Rady Pokoju i izraelskiej krytyki], 22 January 2026, haaretz.co.il
- Palinfo (Palestinian Information Center) – Hamas Statement on Trump’s Board of Peace, 22 January 2026, english.palinfo.com

